Służby kierowały Pruszkowem i Wołominem?

mafia

Zapraszam na wywiad z policjantem, który był mózgiem operacji rozbicia dwóch największych mafii w Polsce: Pruszkowa i Wołomina.

W działalności grup przestępczych jest ciekawy wątek. Bardzo trudno je rozbić z zewnątrz. Impuls musi dać ktoś z wewnątrz. Osoba oszukana, niezadowolona, zniewolona przez mafiozów. Tak było z Pruszkowem i Wołominem. Zostały pokonane nie tylko dzięki instytucji świadka koronnego, ale głównie poprzez wewnętrzne porachunki.

Adam Rapacki opowiada, że mafiozami kierowały służby specjalne. Nie wiemy czy całą grupą, ale na pewno kilkoma ważnymi decydentami. Zawsze z ciekawością czytam historię Pruszkowa i Wołomina, ponieważ tamte przekręty przypominają dzisiejsze.

Dzisiaj również służby walczą między sobą, dlatego mamy afery taśmowe i niszczenie polityków. Warto analizować te wątki, ponieważ dzisiejsza polityka, to wielka, wpływowa mafia. Niewiele różni się od tej z lat 90-tych.

Ciekawym wątkiem jest próba przejęcia terenu zarezerwowanego dla międzynarodowej finansjery. Mafiozy chcieli produkować walutę rosyjską i nielegalnie ją dystrybuować.

Teraz wystarczy połączyć fakty.

Był to okres po aferze FOZZ i transformacji gospodarczej czyli czas, kiedy międzynarodowa finansjera przejęła polską gospodarkę. W takiej sytuacji nie mogli pozwolić, aby ktokolwiek produkował walutę i wrzucał na rynek. Nawet nielegalna waluta zwiększałaby podaż pieniądza i powodowała boom gospodarczy. Wtedy działania międzynarodowych bankierów byłyby ograniczone. Ich głównym narzędziem wpływania na polityków jest sterowanie podażą pieniądza czego konsekwencją może być spreparowana recesja ekonomiczna.

Po przejęciu papieru do produkcji rubli, rozpoczął się okres niszczenia Wołomina i Pruszkowa. Polscy gangsterzy weszli na teren międzynarodowych gangsterów.

===========================

Ewa Koszowska, Wirtualna Polska: Kiedy przestępczość w Polsce zaczęła lawinowo rosnąć? 

Gen. Adam Rapacki: W latach 1988-1989 przestępczość zarówno gospodarcza, jak i kryminalna zwiększyły się o 100 proc. Zaczęły się pojawiać nowe zjawiska, takie jak strzelaniny na ulicach, podkładanie bomb, wywożenie do lasu czy groźby pogrzebania żywcem. Przestępcy z Polski zaczęli współpracować z grupami przestępczymi na świecie.

Zaczęła rodzić się mafia? 

– Tak potocznie nazywano przestępczość zorganizowaną. 

Przewijały się dwa główne gangi: pruszkowski i wołomiński. Jak sobie z nimi radziliście? 

– Mafia wołomińska i pruszkowska były jednymi z najsilniejszych grup, najbardziej znanych medialnie. Grupa pruszkowska chciała podporządkować sobie całą działalność przestępczą w Polsce. I prawie to zrobiła. W wielu regionach kraju miała wyznaczanych przedstawicieli, którzy kontrolowali rozwój przestępczości na danym terenie. Jeśli ci przedstawiciele mieli problemy z innymi, pomniejszymi grupami, które nie chciały się podporządkowywać, to przyjeżdżał desant z Warszawy – kilkudziesięciu bandziorów z karabinami i bejsbolami, którymi łamali opór miejscowych. Czasami dochodziło do tego, że ktoś znikał i potem znajdowano ciało – został zastrzelony czy wysadzony w powietrze. Siła grupy pruszkowskiej tkwiła w jej daleko idących zapędach, miała potężne wpływy w całej Polsce. 

Jak duża była wtedy grupa wołomińska? 

– Zarówno „Pruszków„, jak i „Wołomin” popełniali przestępstwa na terenie całego kraju, a nawet poza granicami. W grupie wołomińskiej było kilkadziesiąt osób, jeśli liczyć współpracowników, to nawet kilkaset. Obie te grupy skutecznie ze sobą walczyły. I były brutalne w swoim działaniu. W wyniku porachunków między tymi gangami zginęło kilkadziesiąt osób. 

Ale tak naprawdę w całym kraju była masa grup, które popełniały najróżniejsze przestępstwa: od rozbojów, napadów na tiry poprzez organizowanie dużych dostaw alkoholu czy handel narkotykami. Walka o wpływy z tych biznesów powodowała, że grupy przestępcze rosły w siłę i coraz większe pieniądze, którymi obracały. 

To, że w Polsce w latach 90. mieliśmy do czynienia z mafią pokazuje historia „Baraniny”, jednego z największych polskich gangsterów. Kiedy policja zaczęła się interesować Jeremiaszem Barańskim? 

– „Baranina” zaczynał od przekrętów w handlu walutą w Budapeszcie, był organizatorem przemytu papierosów, narkotyków, zlecał porwania i zabójstwa. Nie miał oporów, mordował nie tylko przeciwników, ale też swoich wspólników. Chciał powołać grupę, która wiodłaby prym nie tylko w Polsce, ale w całej Europie Środkowej. Nawet z aresztu kierował ludźmi i wydał też stamtąd wyrok śmierci na naszego świadka. 

Udało mu się go zlikwidować? 

– Informator został postrzelony w klatkę piersiową, ale zdołał uciec.Baranina” został skazany za usiłowanie zabójstwa i dostał wyrok kilkunastu lat więzienia. 

Prowadził pan pertraktacje z bossem mafii wołomińskiej „Dziadem”. Negocjował też pan z „Wariatem”. Policja często negocjuje z przestępcami?

– Przez lata pracowałem operacyjnie i współpracowało ze mną kilkudziesięciu agentów (tajnych współpracowników, którzy tkwią w środowisku przestępczym i współpracują z organami ścigania – przyp. red.). Taka współpraca jest rzeczą naturalną. 

Dostaliśmy informację z centrali niemieckiej policji o Polaku, który zgłosił się do tamtejszej wytwórni z planem uruchomienia produkcji papieru ze znakami wodnymi podobnymi do tych, jakie widnieją na rosyjskich rublach. Okazało się, że to grupa wołomińska chce zorganizować, na potężną skalę, uruchomienie fabryki do produkcji fałszywych pieniędzy. Do jakiegoś momentu kontrolowaliśmy ich działania. 

Okazało się jednak, że przestępcy was ograli… 

– Byli zręczniejsi od nas. Tymczasem temat był wyjątkowo poważny i groził skandalem międzynarodowym. Kiedy Rosjanie dowiedzieli się, że w legalnej wytwórni niemieckiej wyprodukowano pięć ton papieru ze znakami wodnymi, przestraszyli się, że może to zaszkodzić rosyjskiej gospodarce. Ze sprawy kryminalnej zrobiła się polityczna. W takiej sytuacji trzeba było skorzystać z niekonwencjonalnych metod i jedną z nich były moje negocjacje z liderami grupy wołomińskiej. 

Jak się pan umówił na spotkanie? 

– Z Wiesławem Niewiadomskim „Wariatem” mieliśmy wspólnych znajomych. Jeden z rozpracowanych przeze mnie przestępców po wyjściu z więzienia utrzymywał ze mną kontakt. Darzył mnie szacunkiem i czasami opowiadał co u niego słychać. To on zorganizował spotkanie z „Wariatem”. Do Henryka Niewiadomskiego „Dziada” po prostu zadzwoniłem. Znałem jego numer telefonu. Powiedziałem wprost: „Wykiwaliście nas, trudno. Niestety musicie oddać nam papier, bo sprawa zrobiła się polityczna”. 

Tak po prostu posłuchali? 

Musiałem ich przekonać, że uruchomienie i puszczenie w obieg fałszywych pieniędzy będzie skutkowało tym, że ich rodziny będą odpowiadały za wszystko, co zrobią. Będziemy ich nękać na każdym kroku, nawet za niewłaściwe przejście po pasach. Dzieci to dla gangsterów wrażliwy temat, a ich pociechy właśnie wchodziły w dorosłość. Powiedziałem, że uruchomimy przeciwko nim wszystkie inne formacje i służby i już nigdy nie zrobią żadnego „interesu” ani w Polsce, ani za granicą. W jakiejś części udało mi się ich przekonać do poniechania, przynajmniej w części, zamiaru związanego z uruchomieniem produkcji pieniędzy na wielką skalę. Odzyskaliśmy prawie w całości papier, który ukradli. Potem udało się udowodnić niektórym członkom grupy działanie przestępcze i postawić ich przed wymiarem sprawiedliwości. To było dosyć niekonwencjonalne i brawurowe działanie. Ale sytuacja wymagała tego, żeby ryzykować. 

Bał się pan? 

– Ryzyko było spore. Najpierw trzeba było przekonać tych liderów do tego, żeby chcieli rozmawiać. Potem trzeba było ich nakłonić, żeby chcieli zastosować się do zachowań, których oczekiwaliśmy. Co by nie powiedzieć, nawet wśród starych gangsterów była część dosyć honorowych, którzy dotrzymywali słowa. W pewnym momencie zrobiło się niebezpiecznie. „Dziad” na drugim spotkaniu zrobił mi pokaz siły. Zaczął mnie straszyć „misiami” ze Wschodu. Dostaną zlecenie: zdjęcie, adres zamieszkania, informacje o samochodzie, którym się poruszam i po wszystkim odbiorą tylko kopertę z wynagrodzeniem. Nawet nie muszą mieć kontaktu ze zleceniodawcą i temat będzie załatwiony. Realnie, dokonanie takiego zabójstwa dla zawodowców nie stanowi żadnego problemu. To trzeba było też uwzględniać. Od tej pory byłem otoczony dyskretną ochroną. 

Jak oddawali papier? 

– Robili to na raty. Zrzucali paczki w różnych miejscach, np. w lesie czy na wysypisku śmieci. Potem my to zbieraliśmy i zwoziliśmy do komendy. Z pięciu ton papieru, który ukradli, odzyskaliśmy cztery tysiące siedemset kilogramów. 

Jak wyglądały kulisy rozgromienia mafii pruszkowskiej? Przez długi czas gangsterzy bawili się z wami w ciuciubabkę. 

– Apogeum działalności grupy pruszkowskiej to były lata 90. Ale ich pierwsza strzelanina miała miejsce pod koniec lat 80. Natomiast zasadnicze zarzuty o kierowanie zorganizowaną grupą przestępczą zostały im postawione dopiero w 2000 roku. 

Szmat czasu. Co robiliście przez tyle lat? 

– To nie to, że spaliśmy. Do każdego zdarzenia z ich udziałem były prowadzone czynności. Zatrzymywano ludzi i zbierano dowody. Czasami niektórzy załapali się na jakieś zarzuty o przemyt alkoholu, narkotyków, papierosów czy kryminalne przestępstwa. Część z nich była ciągle uwikłana w sprawy. Zarząd długo unikał zatrzymań. Wpadali mniejsi wykonawcy, natomiast decydenci byli bezkarni, bo pomniejsi członkowie grupy nie chcieli dawać dowodów obciążających szefów. Wiedzieli, że może się to skończyć dla nich tragicznie, że mogą stracić życie. Bali się mówić. Ale w roku 2000 udało się przełamać milczenie. 

Wtedy narodziła się instytucja świadka koronnego. 

– I od razu pojawiło się kilku świadków działających w grupie. Swoimi zeznaniami obciążali innych, włącznie z liderami grup pruszkowskiej i wołomińskiej, Wtedy zostało aresztowanych i skazanych kilkadziesiąt osób: za dystrybucje i wprowadzania do obiegu fałszywych pieniędzy, za przygotowanie i za uruchomienie produkcji. Tych procesów było sporo. Głównych liderów mafii pruszkowskiej udało się dopaść trochę później. Podobnie było w przypadku grupy wołomińskiej. Batalia i walka z tymi grupami trwała przez lata.

Kto należał do zarządu „Pruszkowa”? 

– Było to sześciu ludzi: „Słowik”, „Wańka”, „Parasol”, „Malizna”, „Bolo” i „Kajtek”. Wcześniej bossem był „Pershing”, zastrzelony w Zakopanem w 1999 roku w ramach porachunków mafijnych. 

Operację zatrzymania „Enigma” przygotowywaliście w ścisłej tajemnicy. 

– Nie chcieliśmy by doszło do jakiegoś przecieku. Dziennikarze o operacji przeciwko „Pruszkowowi” dowiedzieli się dopiero po dwóch dniach, przy okazji innej sprawy. W zatrzymaniu brało udział kilkaset policjantów. Starcie z grupą pruszkowską, które miało miejsce w 2000 roku, to efekt skumulowanego działania, zebrania wszystkich innych spraw, w których wcześniej nie było mocnych dowodów. Zatrzymaliśmy wtedy 80 proc. tych, na których nam zależało. Tak naprawdę jednak sprawy dotyczące grupy pruszkowskiej trwają do dziś. 

Jak duże były majątki gangsterów? 

– To była nasza słabość. Roczne zyski pruszkowskich gangsterów według świadków koronnych wynosiły łącznie około 50 milionów dolarów. Mieszkali w willach z basenami, rozbijali się drogimi samochodami, ale oficjalnie żaden z nich nic nie miał. Mimo, że od samego początku została powołana oddzielna grupa policyjna, która miała zająć się szukaniem tych majątków, nic nie wskórali. Przestępcy byli zręczniejsi, wszystkie majątki przepisywali i to nawet nie na członków najbliższych rodzin, tylko gdzieś dalej. Ukrywali, kto jest rzeczywistym właścicielem nieruchomości, terenów czy podmiotów prowadzących działalność gospodarczą. Relatywnie, w porównaniu do tego, jakimi pieniędzmi obracali, odebraliśmy im tych majątków stosunkowo niedużo. 

Co odpowiadali, gdy pytaliście ich na przesłuchaniach o majątki? 

– Gangstera najbardziej boli nie wyrok skazujący, tylko to, że ktoś ich może pozbawić majątku, który zgromadził w wyniku działalności przestępczej. Pamiętam przesłuchanie jednego z tuzów, kiedy policjantka pytająca go o majątek, wywołała u niego potężną irytację. Zaczął jej grozić. Widać, że to go akurat ruszyło. Nie ma lepszej metody na zwalczanie przestępczości jak odbieranie tego, co ktoś ukradł. Wtedy nie opłaca się popełniać przestępstwa. 

Czy mafia w Polsce była powiązana ze służbami specjalnymi? 

– Zdarzały się takie przypadki, ale nie wolno generalizować, że to służby jako instytucje sterowały takimi przestępstwami. Było kilka takich przykładów, kiedy pracowałem nad sprawą i nagle osoba podejrzewana, która za chwilę miała stanąć w sądzie jako oskarżona i groził jej wyrok pozbawienia wolności, wyjechała za granicę. Mimo tego, że miała zastrzeżony paszport (był zdeponowany w ówczesnym urzędzie spraw wewnętrznych). 

Działała na rzecz służb? 

– Prawdopodobnie ktoś zdecydował i zrobiono z niej agenta służby bezpieczeństwa i wysłano za granicę – teoretycznie, żeby tam zdobywała jakąś wiedzę, a w praktyce bardziej chodziło o jakieś lewe interesy tych, którzy wypuścili tę osobę poza granice Polski. Według mojej wiedzy, wiązało się to wtedy z łapówką, którą dostał jakiś wysoki urzędnik SB. Natomiast procesowo udowodnić się tego nie udało. 

„Baranina” współpracował nie tylko z polskimi służbami, ale też z zagranicznymi. 

– I to z kilkoma. To był zręczny cwaniak. Dał się zwerbować i Austriakom i Niemcom. A tak naprawdę, to kupił sobie tych funkcjonariuszy. Brali od niego pieniądze, a mówił im tylko to, co chciał. Skorumpował prawie całe kierownictwo do walki z przestępczością zorganizowaną EDOK w Wiedniu. Prawdopodobnie, na jakimś etapie, dogadał się też w Niemczech, z tamtejszym prokuratorem, bo kiedy nawiązaliśmy współpracę, to tej woli dogadani się, żeby w „Baraninę” uderzyć, z tamtej strony nie było. Wiedzieliśmy też, że miał kupionych ludzi w straży granicznej. Zawsze, gdy przyjeżdżał do Polski, sprawdzał najpierw, czy nikt nie chce go zatrzymać na granicy. Kilka razy wyślizgiwał nam się w przedziwny sposób. Między innymi wtedy, gdy szykowaliśmy zasadzkę pod jego lokalem na Żoliborzu. Czekaliśmy na próżno w tej zasadzce, bo on nie przyjechał. 

Policjanci często działali z gangsterami? 

– Zdarzało się. 

Co się robi z kolegami, którzy przekazują informacje bandytom? 

– Najważniejsze, to udowodnić im to, czyli wcześnie wyłapać takiego kreta. Grupy przestępcze często szukają wtyczek w policji. Takie znajomości mogą skutkować tragicznymi zdarzeniami. Realizowaliśmy operację specjalną, gdzie w grupę przestępców weszła nasza para przykrywkowców (policjanci wprowadzeni pod przykryciem do grupy przestępczej – przyp. red.). Była to dziewczyna w zaawansowanej ciąży i chłopak. W pewnym momencie gangsterzy poprzez swojego policjanta sprawdzili dokumenty, którymi „nasi” się posługiwali. Trefny policjant sprawdził bazy danych i potwierdził, że nie pracują tam, gdzie podali. No i porwali nam tych przykrywkowców. Dobrze, że zastosowaliśmy środki bezpieczeństwa i udało się zlokalizować, gdzie są i ich odbić. Nikomu nic się nie stało. Ale jak trafi się taki kret w środowisku, to może wyrządzić gigantyczną szkodę. Nie było u nas żadnych sentymentów w stosunku do tego typu ludzi. To jest w środowisku traktowane jako największa patologia. 

Jak się ich wprowadza przykrywkowców do grupy przestępczej? 

– Każdego roku jest organizowanych w policji kilkadziesiąt operacji, kończących się wyrokami skazującymi. Warto podkreślić, że jak tylko zbudowaliśmy system, to od razu narzuciliśmy bardzo wysokie standardy. Dzięki temu w 1996 roku zostaliśmy przyjęci do grupy szefów zarządzających operacjami specjalnymi International Working Group. Byliśmy dwunastym krajem na świecie, który zaproszono do tego elitarnego grona. Żeby wprowadzić policjanta do grupy przestępczej, trzeba o takiej grupie zebrać jak najwięcej informacji, a następnie zbudować legendę policjanta, czyli jego nowy życiorys. Kiedy wszystko jest gotowe, szuka się w środowisku osoby, która potwierdzi fakty z jego życia. Albo też sam znajduje zaufanie członków grupy. Podstawowa zasada jest taka, że narzędzie to wykorzystywane jest tylko do celu walki z przestępczością. Nie ma mowy o prowokowaniu i nakłanianiu do popełniania przestępstw. 

W jakich operacjach biorą udział przykrywkowcy? 

– Nasi ludzie mieli na przykład udowodnić przemyt papierosów. Byli wplątani w struktury przerzucające nielegalnych migrantów przez granice. Wprowadzaliśmy swoich ludzi, którzy pracowali jako kierowcy w grupę przemytników narkotyków. Przesyłkę śledziliśmy po to, żeby ustalić, kto jest organizatorem, kto dostawcą narkotyku, kto odbiorcą, kto pomaga przy przerzucaniu przez granicę, czy nie ma kupionych celników, strażników granicznych zabezpieczających granicę. Realizowaliśmy operacje zabójstw na zlecenie, uzyskiwaliśmy dowody potwierdzające fakty popełniania tych zbrodni. Działalność przykrywkowców to jest najwyższa forma pracy operacyjnej. Zależy tylko od inwencji i pomysłowości policjantów zarządzających tego typu operacjami. 

Ta granica wydaje się być bardzo cienka. Czy przkrywkowcy czasami zbytnio się nie zaprzyjaźniają z bandziorami? 

– Dlatego jest ważne, żeby tego typu zespołami kierowali ludzie, którzy sami znają tematykę od podszewki, którzy potrafią odróżnić, co jest przestępstwem, a co jeszcze nie jest. Ludzi, którzy potrafią kontrolować na tyle siebie i swoich podwładnych, żeby przykrywkowcy nie zatracili dystansu do tego, co jest dozwolone, a co jest już zabronione przez prawo. I znam przykłady na świecie, gdzie rozwiązywano całe struktury przykrywkowe, bo wymknęły się spod kontroli. To są często niekonwencjonalni ludzie, którzy mają czasami niekonwencjonalne pomysły. Trzeba uważać, żeby przez te pomysły samemu nie stać się organizatorem działalności przestępczej. 

Pana ludzie też mieli szalone pomysły? 

– Pracowaliśmy nad dużą grupą, której lider miał dostawców narkotyków w Ameryce Południowej. Nasi wpadli na genialny pomysł, że otworzą kanał przerzutowy tych narkotyków z Brazylii do Europy. Przyszli do mnie z gotowym planem do zaakceptowania. Już bilety zarezerwowali i chcieli lecieć do Rio de Janeiro, żeby zorganizować wszystko z policją brazylijską. Powiedziałem im: „Hola hola, nie tędy droga. Żebyśmy mogli złapać jednego, nawet dużego gangstera, niekoniecznie musimy otwierać kanał przerzutowy, bo za chwilę my będziemy organizatorem tego przestępstwa. Kupić narkotyki w Brazylii czy sprzedać je potem w Polsce to nie problem. Największą trudnością jest zorganizowanie tego kanału przerzutowego na dużą skalę. I jeśli to zrobicie, to będą z tego tytułu kłopoty”. Odmówiłem. Pół roku później lider gangu został zatrzymany pod zarzutem kierowania grupą przestępczą. 

Rozmawiała Ewa Koszowska, Wirtualna Polska 

źródło: wp.pl

 

. . ekonomia Robert Brzoza

P.S. Jesteś gotowy na kryzys? Dobrze zabezpieczyłeś pieniądze? Co zrobić z kredytem frankowym? Zrobimy analizę Twoich inwestycji => MonitorowanieRynku.pl

Formularz z NeTeS



Photo credit: Eneas / Foter / CC BY

Przeczytaj koniecznie:

4 Responses to “Służby kierowały Pruszkowem i Wołominem?”

  • Rork on 8 lipca 2015

    Facet troche ukrywa prawdę,raport Macierewicza wyraznie stwierdzął że to W.S.I. tworzyło mafie prószkowską a S.B. wołomińską.Nawet sam Masa pisze w swojej książce że oni byli tylko mafią trzepakwą,ze byly zbyt „krótcy” i nie mogli bez pozwolenia słuzb wojkosych robic niektórych rzeczy,Takze ten artykuł to subtelna dezinformacja i niepełna wiedza.

  • Lukas Sztokholm on 8 lipca 2015

    Lepiej zobaczcie co się dzieje dzisiaj na swiecie,przed chwilą giełda w nowym jorku zawiesiła obrót akcjami!!! W chinach na giełdzie dzisiaj potęzny krach!!! bankrutujaca Grecja to mały pikuś Ludzie wojna idzie i to wielkimi krokami!!!lawina poleciała i nikt już jej nie zatrzyma!

  • PFTF on 8 lipca 2015

    Wczoraj skonczylem czytać książkę W. Sumlińskiego o Komorowskim i WSI więc pytanie zawarte w tytule jest dla mnie retoryczne…
    Świetny artykuł :)

  • Rafał on 27 lipca 2015

    No i co do Dziada i Wariata to tylko przez media byli uznawani za przywódców Wołowmina, masa pisze w książce przeciez że oni mieli po prostu swoją własną grupę przestępczą w Ząbkach.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *